sobota, 20 czerwca 2015

Znajdź mnie, R.

Pędzę ulicami miasta, wyprzedzając kolejne ślimaczące się pojazdy. Nie zważam na przytłumione przez pęd wiatru trąbienia, czy obraźliwe krzyki tych, których zostawiam daleko w tyle. Naciskam mocniej pedał gazu, tak żeby zdążyć na krzyżowaniu zanim światło zmieni się na czerwone. W całym ciele czuję drżenie rozgrzanego silnika motoru. Jest piątek, godzina szósta pięćdziesiąt trzy wieczorem i za siedem minut zaczynam zmianę. 
Minutę później hamuję z piskiem opon na niewielkim parkingu dla pracowników restauracji i otwieram nóżkę motocykla. Zsiadam i ściągam z głowy swój nieco zakurzony, czerwony kask. Patrzę na zegarek, wolno żując miętówkę. Nie spóźnię się. Oklaski dla najlepszego żeńskiego kierowcy, faceci niech się schowają! Wypluwam wyżutą gumę na chodnik z boku i kieruję się do wejścia na zaplecze. Zapada już wieczór, ale lampy nadal nie są włączone. Czuję się przez to nieswojo. Po plecach przechodzi mi szybki dreszcz. Wzdrygam się i zamykam za sobą drzwi.
W  środku od razu otacza mnie nieco nerwowa atmosfera renomowanej restauracji w piątkowy wieczór. Z jednej strony dochodzi do mnie przytłumiony ciężkimi drzwiami szum kuchni i głośno wydawane polecenia szefa kuchni Mielickiego. Z drugiej słyszę ciche, zamszowe szuranie dwuskrzydłowych drzwi, przez które to wchodzą, to znów wychodzą kelnerzy w eleganckich, czarnych uniformach, tak wymuskanych, że mucha nie siada. Rozpinam swoją czarną, motocyklową kurtkę z elastycznej skóry i wbijam się w swój służbowy strój. Upinam włosy i zmywam czerwoną szminkę. I tak w niespełna dwie minuty z rockowej i szalonej motocyklistki przemieniam się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w skromną, sztywną i przede wszystkim uprzejmą… kelnerkę. Wykonuję kilka bokserskich ruchów i strzykam palcami. Klient nasz pan. Pamiętaj, klient nasz pan.- szepczę jeszcze i popycham białe drzwi do kuchni.
W środku panuje pozorny chaos, jednak przyzwyczaiłam się do tego zamętu i praktycznie nie zwracam już na niego najmniejszej uwagi. Tak naprawdę ta kuchnia jest synonimem szwajcarskiego zegarka- każdy wie co ma robić. Witam się ze wszystkimi szerokim uśmiecham i dostaję trzy talerze na stolik numer osiem. I tak to mniej więcej wygląda przez pięć godzin każdego dnia.
W końcu równo o północy zamykamy. Nareszcie! Czuję się jak po maratonie. Z największym trudem ściągam z nóg czarne szpilki i rozpuszczam włosy. Jestem cała spocona, a prawy policzek drga mi niebezpieczne od ciągłego uśmiechania się mimo woli. W takich właśnie chwilach najbardziej żałuję, że nie urodziłam się facetem. Faceci mają w życiu łatwiej, to pewne.
- To co teraz robimy, Arena?- słyszę gdzieś obok mnie.
- Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywał.- jęczę w odpowiedzi, masując sobie zbolałe stopy.- I nie wiem jak ty, ale ja marzę jedynie o gorącej kąpieli i świętym spokoju.
Mój najlepszy kumpel z pracy, Bertrand, dla przyjaciół Bert, popatrzył na mnie dziwnie.
- Rena, no weź, nie bądź taka! Kumplowi odmówisz?
Przewracam teatralnie oczami i się podnoszę.
- Dobra, ale tylko na jednego. A jutro podwieziesz mnie po motocykl, stoi?
-Stoi. Walimy na chłodnego browara!
Nasz ulubiony pub jest o tej porze niemal pusty. Sączymy powoli piwo, a Bert opowiada coraz gorsze dowcipy. W pewnym momencie łapie się na tym, że w ogóle go nie słucham, tylko patrzę na migające obrazki w ogromnym telewizorze w kącie sali. Właśnie lecą jakieś nocne wiadomości. Spoglądam sennie na żółty pasek u dołu ekranu i nagle czuję, jak wszystkie mięśnie spinają mi się, a włoski jeżą na karku. Mój przyjaciel pyta o co chodzi, na co kiwam podbródkiem w stronę telewizora. Bert odwraca się i zastyga w przerażeniu.
- O kurczaki, znowu?- jęczy ze strachem.
Krzyżujemy jednoznaczne spojrzenia. Proszę barmana, żeby zrobił głośniej.
- Właśnie odkryto kolejne zwłoki. Tym razem ofiarą padł młody mężczyzna. Na miejscu od trzech godzin znajduje się policja, która bada okoliczności zgonu. Nieoficjalnie mówi się o kolejnym ataku zorganizowanej grupy przestępczej, która działa na całym świecie od dwóch miesięcy. Nie wiadomo, czy ataki się powtórzą, a jeśli tak, to gdzie dojdzie do morderstwa i kto może być potencjalną ofiarą. Jedno jest pewne, dopóki zabójcy nie zostaną złapani, nie ma na świecie takiego miejsca, w którym można czuć się bezpieczne.
Przez chwilę w całym pubie jest cicho, jak makiem zasiał. Reporterka skończyła mówić i barman ściszył telewizor. Bert i ja wciąż patrzymy na ekran, na którym biega z tuzin policjantów i strażaków, a jaskrawożółta taśma odgradza miejsce zbrodni.
- Gdzie tym razem?- szepczę w kufel piwa.
- Daleko od nas. Floryda.- odpowiada barman posępnym głosem.
Grobowa, gęsta cisza przytłacza mnie. Mam dość.
- Bert, chyba czas wracać do domu…
Płacimy i wychodzimy. Żadne z nas się nie odzywa. Rozmyślamy o kolejnym niewyjaśnionym, mrożącym krew w żyłach morderstwie. Kolejnej ofierze, która nigdy nie miała wrogów. Była cicha i spokojna. Miała rodzinę. Zwykłą pracę. Żyła tysiące kilometrów od poprzedniego miejsca zbrodni. Z poprzednią ofiarą łączył ją jedynie sposób zabójstwa. Zawiśnięcie parę metrów nad ziemią głową w dół. Miliony drobnych nacięć, z których sączyła się kroplami krew, aż do końca. I choć żadne z nas nie mówi tego na głos, oboje wiemy, że atak się powtórzy. Kwestią sporną jest tylko to, gdzie do niego dojdzie i kiedy dokładnie.
Nie pamiętam, jak doszłam do domu. Po prostu otwieram oczy i pierwsze co widzę to promienie słońca wdzierające się do mojej sypialni przez mlecznobiała firankę. Siadam na łóżku i przecieram załzawione oczy. Jest rano- stwierdzam po chwili. J u ż rano. Zerkam na elektroniczny budzik stojący na szafce obok łóżka. Jego zielone, świecące cyferki układają się w godzinę dziewiątą z minutami. Ziewam, przeczesuję ręką włosy i wstaję. Nie ma co marnować dnia, skoro człowiek już się obudził. Swoje kroki od razu kieruję w stronę kuchni, skąd roztacza się cudowna woń kakao. Kuszona czekoladowym aromatem siadam na kuchennym stołku. Przy małym, kwadratowym stoliku siedzi już Luiza- dziewczyna mojego starszego brata. Mieszka z moim bratem i ze mną już od ponad pół roku. Na początku ciężko było mi zaakceptować kolejnego „intruza”, ale z czasem przywykłam. I zobojętniałam. Witamy się porannymi uśmiechami, które są upstrzone tłumionym ziewnięciem.
- Erna nie ma?- pytam ją, nalewając sobie duży kubek kakao i biorąc patelnię z jajecznicą, którą planuję skonsumować na trzy machy widelcem.
Luiza kręci tylko głową, co znaczy tyle, że mój brat wybył, ale nikt tak naprawdę nie wie gdzie konkretnie. Ernest pracuje w przynajmniej czterech miejscach na raz. Jest DJ-em w jednym z warszawskich klubów, barmanem w innym i dorywczo modelem różnych reklam. Poza tym ma na koncie pełno epizodów z roznoszeniem pizzy i tym podobnym. Cóż, trzeba było się jakoś złożyć na rachunki. Ja jestem kelnerką, a Luiza studentką, pracującą na kasie w spożywczym. Szału więc nie ma. Nie wypychamy poduszek dolarami. Oczywiście Ernest i ja mogliśmy śmiało pójść na ustawione przez rodziców studia, ale oboje stwierdzaliśmy, że to nie na nasze nerwy. I tak nigdy nie sprostamy wymaganiom naszych rodzicieli, więc po co psuć sobie krew? Żadne z nas nie chciało mieszać się w detektywistyczne i kryminalne zajęcia naszych rodziców i ich plany na naszą przyszłość, jako ich następców w tej branży. Zwialiśmy więc kiedy tylko przydarzyła się okazja. Ani ja, ani mój brat, nie rozmawialiśmy z rodzicami przez prawie rok, od kiedy skończyłam liceum. Żyjemy tak sobie, z dala od analiz działań przestępców i tworzenia ich obrazów psychologicznych. I jest nam z tym dobrze.
Luiza włączyła mały, pogruchotany telewizor na program pierwszy. Właśnie lecą wiadomości poranne. Wiedziałam, co zobaczę. Byłam ciekawa, co się przez ten czas zmieniło w doniesieniach i do ilu nowych informacji zdołali dostać się wścibscy dziennikarze. Z zapartym tchem słuchamy całego reportażu dziennikarki, która stoi przed budynkiem, w którym znaleziono ciało. Gorące słońce Florydy odbija się od oszklonych ścian. Te okna nie przepuszczają najdrobniejszych promieni światła. Skrzętnie ukrywają tajemnicę morderstwa. A jednak…
- Tak, to już potwierdzone- mówi reporterka z dziennikarską werwą w głosie.- To kolejny atak seryjnych morderców, nazywanych przez media Wisielcami. Niezidentyfikowana grupa terroryzuje cały świat. To już trzydzieste drugie takie morderstwo w ciągu niespełna dwóch miesięcy. W poszukiwanie sprawców jest zaangażowana policja i służby specjalne z każdego zakątka świata. Dziś po południu prezydent Stanów Zjednoczonych spotka się na specjalnych, zamkniętych obradach z przywódcami Niemiec, Francji, Anglii oraz Rosji, na których zostaną podjęte odpowiednie kroki.  
Na ekranie wyświetla się lista krajów, w których doszło do ataków i liczba ofiar w każdym z nich.
Anglia: 5.
Rosja: 7.  
Japonia: 3
Brazylia: 2
USA: 9
Australia: 2
RPA: 4
- Nie wygląda to ciekawie. Strach się bać, no nie?- mówi Luiza wyłączając telewizor.
Zgadzam się z nią w stu procentach. Przygryzam dolną wargę i siedzę tak w odrętwieniu przez dłuższą chwilę. Trzydzieści dwa zabójstwa bez nakładających się motywów jednak z takim samym sposobem działania. Przeprowadzone na skalę światową! Najbardziej zastanawiające jest to, że musi to być grupa zorganizowana. Żaden, nawet najlepszy w swoim fachu, zabójca nie byłby fizycznie w stanie dokonać tylu przestępstw w tak krótkim czasie, nie zwracając na siebie uwagi. Poza tym mordercy nie zatrzymują się w jednym miejscu i nie mordują hurtem dziewięciu osób. Oni wciąż wracają. Odbierają życie po kolei, raz tu, raz tam. I najgorsze jest to, że nikt, dosłownie nikt!, nie jest w stanie ich powstrzymać i zdemaskować.
- Ej, Rena, jajecznica ci wystygła.- dobiega do mnie głos Luizy.
Otrząsam się z zamyślenia i szybko kończę chłodnawe śniadanie. Dziewczyna mojego brata wstaje tymczasem i wychodzi na wykład. Nie zobaczymy się pewnie aż do wieczora, kiedy wróci razem z Ernestem, kiedy ten już da znak, że żyje. Kończę jeść i idę do łazienki wziąć krótki prysznic. Gdy jestem ubrana i umalowana dzwonię po Berta i jedziemy po mój motocykl. Wiem, że mój przyjaciel oglądał wiadomości i wie, że zbrodnia jest potwierdzona, jednak nie poruszam tego tematu. Żartujemy i spędzamy przyjemne przedpołudnie. Później każde idzie w swoją stronę, by za parę godzin znów się spotkać na naszej zmianie. 
Dzień mija mi szybko i nim się spostrzegam, zapada już wieczór i muszę szykować się do pracy. Ani Luiza, ani Ernest jeszcze nie wrócili, co wydaje mi się dziwnie. Nie mam jednak czasu, żeby się o nich dłużej martwić. Są dorośli, mimo, że mój brat zachowuje się jeszcze jak szczeniak. Wysyłam do niego wiadomość, żeby się odezwał i wychodzę z domu. Równo za trzy siódma zsiadam z siodełka motocyklu i wypluwam gumę na chodnik obok. Oto moja wersja rutyny. Ruszam w stronę wejścia dla personelu, ale w połowie drogi zatrzymuję się. Czuję na plecach ostre, przenikające do szpiku kości spojrzenie. Odwracam się szybko na pięcie i wpatruję się w ciemną ulicę przed sobą. Latarnie nie świecą jeszcze, więc nic praktycznie nie widzę. Mim to na ułamek sekundy dostrzegam granatowy zarys sylwetki, która poruszyła się z lewej strony i znikła niczym duch. Przez chwilę stoję jeszcze w zapadającym zmroku, nieco wybita z rutynowego rytmu i wpatruję się w punkt, w którym zniknęła owa postać. Potem stwierdzam, że mi się przewidziało i że mam minutę do zmiany. Muszę się pośpieszyć, albo dostanę niezłe lanie.
*** 
                Praca wrze. Biegam w tę i z powrotem. Raz z naręczem eleganckich potraw na wymuskanych talerzach, raz bez. Nogi spuchły mi od tego maratonu i ledwie łapię oddech. Co jak co, ale żeby być dobrą kelnerką i jakoś wyrabiać na zakrętach trzeba mieć niezłą kondycję.
                - Rena, stolik numer osiem, migiem!- krzyczy menager sali, Słowacki, i znika po drugiej stronie dwuskrzydłowych, czarnych drzwi.
                Wychodzę energicznym krokiem, dzierżąc już w ręku notes i długopis. Uzbrojona w swój promienny, profesjonalny uśmiech staję przed tak piękną kobietą, że kapcie spadają! Miała jasną, lekko tylko opaloną skórę, jasne oczy, otoczone ramką czarnych rzęs i burzę ciemnobrązowych włosów. Pełne usta, skrojone w kształt idealnego serca umalowała różowym błyszczykiem. Oprócz tego była ubrana w zapewne szytą na miarę szmaragdową suknię, która odsłaniała jej idealne obojczyki. Słowem, chodzący photoshop! Ja w każdym razie takie laski widziałam jedynie na zdjęciach do kolorowych pisemek.
                -Dobry wieczór, proszę pani. Co podać?- mówię, siląc się na spokój. Jej idealna uroda działa mi wybitnie na nerwy.
                - Tego wieczoru zdam się na szefa kuchni.- odpowiada ta dźwięcznym głosem i uśmiecha się promieniście. Takiej to dobrze, myślę, ma proste i białe zęby.
                Proponuję jej jeszcze coś do picia, jednak ona odmawia wina i prosi jedynie o szklankę wody. Odchodzę i po chwili wracam z wodą w kieliszku i specjalnością szefa kuchni na ten dzień. Piękność przez chwilę wygląda tak, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale najwyraźniej się rozmyśla, bo tylko dziękuje, na co ja wyuczoną formułką odpowiadam życzeniem jej udanego wieczoru.
                Później idę obsłużyć kolejne pięć stolików i na tym się kończy. Zamykamy i szpilki idą w odstawkę. Gdy jestem już przebrana, zaczepiam figlarnie Berta.
                - Widziałeś tę laskę w zielonej kiecce?
                - Nie, a bo co?- odpowiada ten, zmieniając białą, sztywną koszulę kelnera na zwykły, szary T-shirt.
                - Nie, nic. Tak sobie tylko pomyślałam, że by ci się spodobała. Ty to gustujesz w takich dziewczynach z rozkładówek.- ciągnę dalej, drocząc się z nim.
                 W odpowiedzi dostaję tylko kuksańca w bok. Wychodzimy razem w noc, rozproszoną nikłym, żółtym światłem latarni. Nagle Bert staje i spogląda na mnie dziwnie, by po chwili niezręcznego milczenia wyszeptać:
                - Ty będziesz zawsze na pierwszym miejscu, Rena, choćby nie wiem jak ładne dziewczyny chodziły tutaj jadać.- tym jednym zdaniem całkowicie wyprowadza mnie z równowagi. Nie wiem, co mam zrobić. Co powiedzieć. Czuję się jedynie niezręcznie. I chyba to po mnie widać, bo chłopak odsuwa się ode mnie z opadniętymi ramionami.
                Żegnamy się dziwnie chłodno i gdy siadam już na motocykl, Bert odwraca się jeszcze i krzyczy:
                - Uważaj teraz na siebie, okey?
                Kiwam głową, choć nie wiem do końca, o co mu chodzi.
Dwa tygodnie później
„Zorganizowana grypa przestępcza. Seryjni mordercy. Niebezpieczni psychopaci. Międzynarodowi TERRORYŚCI. Kolejne bezkarne ataki. Do puli trzydziestu dwóch zamordowanych oficjalnie dodano kolejne osiem. Świat stoi na krawędzi załamania społecznego. Ludzie na całym świecie całymi dniami demonstrują na ulicach, domagając się podjęcia kolejnych decyzji w sprawie zdemaskowania Wisielców. Jak dotąd nie podjęto jednak dodatkowym działań. Policja, wojsko i służby specjalne wszystkich krajów wciąż próbują okryć tożsamość przestępców, którzy teraz zyskali miano terrorystów. Nic jednak nie wskazuje na to, aby byli choć o krok bliżej odkrycia tajemnicy seryjnych morderców. Wygląda na to, że tak będzie wyglądał Armagedon.”
Składam gazetę i biorę porządny łyk kawy. Jej gorzki smak w cudowny sposób przywraca mnie do świata żywych.  
- Sie masz, siostra.- do kuchni wchodzi świeżo ogolony Ernest. Spogląda na gazetę przede mną i szybkim ruchem wyrzuca ją do kosza.- Po co czytasz takie rzeczy?
- Żeby wiedzieć, że wcale nie jest lepiej i że równie dobrze ci psychopaci mogą cię dzisiaj zaatakować.- odpowiadam w nieco nieprzyjemny sposób.
Dwa dni temu mój brat pokłócił się z Luizą tak, że talerze latały po całym domu. Zerwali w nieco zbyt dramatyczny sposób, a ja przez całe przedpołudnie musiałam sprzątać ten bajzel, który po sobie zostawili. Ernest tymczasem wyniósł się z domu i nie wrócił tak długo, aż Luiza spakowała swoje manatki i się wyprowadziła. Jestem więc na niego zła, za to, że po pierwsze źle potraktował swoją byłą dziewczynę, wyzywając ją od najgorszych i po drugie dlatego, że sama musiałam po nich sprzątać. Ma więc, chłopak, szczęście, że się w ogóle do niego odzywam.
- Myślałby kto, że się gniewasz za Luzię. I tak ledwie ją tolerowałaś!- prycha mój brat.- Chciałem ci tylko powiedzieć, że wczoraj, gdy byłaś w pracy zadzwonił do mnie ojciec i spytał się, czy nie pomoglibyśmy im z tą całą sprawą. Wiesz, przez tych popaprańców cały wydział jest postawiony na równe nogi i przyda im się każda para rąk i sprawny mózg.
Wybałuszam na niego oczy. Chyba się przesłyszałam!
- Nie psuj mi humoru. Możliwe iż widzimy się ostatni raz przed tym, aż jedno z nas padnie ofiarą Wisielców.- odpowiadam ostro.
- Słuchaj, nie jest za wesoło. Kolejne morderstwa. Przemyślałem to dobrze i nie wiem jak ty, ale ja im pomogę. Tu nie chodzi o nasze sprawy rodzinne, choć  gdyby nie fakt, że jesteśmy ich dziećmi, nigdy by nie pozwolono włączyć nas do śledztwa. Wiem jedno, moim zdaniem to nasz obowiązek im pomóc. Więc lepiej to dobrze przemyśl, Rena. Mam teraz zmianę w Hot & Blue. Na razie.
Wytrzymuję jego twardy wzrok. Potem Ernest odwraca się na pięcie i pół minuty później słyszę zamykane drzwi. Dopijam kawę i włączam laptop. Sprawdzam pocztę i parę innych stron. Pomijam jednak te z wiadomościami. Przez cały czas z całych sił próbuję nie myśleć o słowach brata. Nie idzie mi najlepiej. Z jednej strony ostatnim miejscem na świecie w jakim chce się znaleźć jest Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, gdzie pracują moi rodzice, z którymi nie utrzymuję kontaktu od prawie roku. Z drugiej jednak czuję chorą, policyjną ciekawość nowych faktów i informacji, niedostępnych dla mediów. Ile więcej wiedzą moi rodzice? Na pewno jest tego sporo. A jeśli chodzi o pomoc, to mogę spróbować. Małe są szanse na to, że to ja zdemaskuję przestępców. Zawodowcy z całego świata próbują to zrobić już od prawie trzech miesięcy. Kim ja jestem przy nich? Nic nieznaczącym, głupim cywilem. Ale nie na długo…
Chwytam komórkę i wybieram numer mojego ojca. Czekanie aż odbierze jest okropne. Po trzech sygnałach słyszę jego niepewny głos:
- Rena..?
- Cześć. Pomogę wam. Będę za godzinę, okey?- informuję sztywno.
- Okey. 
Krótka wymiana zdań. I tyle. Dla nas jednak to i tak dużo, po tylu miesiącach milczenia. Odkładam telefon i idę przebrać się w jakieś przyzwoitsze ciuchy. Ogłaszam zjazd rodzinny. Główna atrakcja: odgadnięcie kim są ci pieprzeni psychopaci, terroryzujący cały świat od trzech miesięcy. Niezła frajda, prawda?
Niespełna godzinę później jestem na miejscu. Zsiadam z motoru i ściągam kask. Biorę jeden głęboki oddech i szybkim krokiem wchodzę do środka. Zaczepiam jakąś zabieganą kobietę, ubraną w elegancki kombinezon i pytam, gdzie znajdę Seweryna Kołakowskiego- mojego szanownego ojczulka. Zostaję skierowana do pokoju nr 25. Przed wejściem do środka cała się spinam i poważnie rozważam opcję ucieczki. Tłumię jednak w sobie wszelkie obawy i pukam. W odpowiedzi słyszę: „Proszę wejść”, więc wchodzę.
W środku stoją cztery biurka, przy których siedzą ludzie, pogrążeni we własnych myślach- analizach, domysłach. Kryminolodzy.  
- Miło się widzieć, Rena.- słyszę gdzieś z boku. Odwracam głowę i widzę mojego ojca.
Mimo, iż jest nieco zestresowany i ma rozbiegane spojrzenie, wiem że cieszy się na mój widok. Nie jestem pewna, czy podzielam jego entuzjazm…
- Cześć, tato.- odpowiadam, siląc się na uśmiech.- To co dla mnie masz?
Jest tego sporo. Krok po kroku zostaję wtajemniczona w najmroczniejsze i najskrzętniej skrywane tajemnice śledztwa. Na początek dostaję do przeglądnięcia akty zgonu i skróty sekcji zwłok. Wszystkie dokumenty są niemal identyczne.
„Wolna śmierć przez znaczną utratę krwi, zmianę ciśnienia w mózgu i złamanie trzeciego o kręgu, w skutek powieszenia do góry nogami.”- czytam w myślach.” Liczne, płytkie nacięcia na całym obszarze ciała. Jedno głębokie nacięcie przy tętnicy żylnej. Ciało niemal całkowicie pozbawione krwi. Większość tkanek obumarła jeszcze przed śmiercią mózgu ofiary. Kości (oprócz trzeciego kręgu) w bardzo dobrym stanie. Organy wewnętrzne w nienaruszonym stanie, za wyjątkiem przeciętej tętnicy szyjnej.”
- Ofiary umierały powoli. Według tych z prosektorium, najpierw ślepły, ponieważ następował nagły wylew krwi do mózgu. Później głuchły, z podobnej przyczyny. Znaczna utrata krwi skutkowała osłabieniem organizmu i zaburzeniem pracy serca. A gdy już wisiały sparaliżowanej od pasa w dół z uszkodzonym kręgiem pomału zaczynały tracić czucie w kończynach, aż stawały się półświadomym workiem kości. Takie są suche fakty.- odzywa się mój ojciec, patrząc na mnie zza prostokątnych okularów w czarnych oprawkach.
Odkładam na bok białą teczkę z dokumentami i wpatruję się w niego intensywnym wzrokiem. Wiem, że cokolwiek teraz usłyszę, jest o wiele ciekawsze od aktów zgonów. Założyłam nogę na nogę i kiwnęłam głową, aby kontynuował.
- Jednak na miejscu ani jednej z ponad trzydziestu zbrodni nie znaleziono ani grama krwi. Cały płyn ofiar po prostu jakby wyparował, rozpłynął się! Na ciele każdego zamordowanego widnieje czterdzieści nacięć plus jedno dźgnięcie w szyję, a na podłodze, ba! na ciele ofiary nie znajduje się ani jedna plamka. To jest niemal niedorzeczne! Ale nie bardziej niż to. A to, jest niestety faktem. Ktoś wypompował ciała z krwi, a zamiast tego podstawił to…
Na blat przede mną ląduje plik fotografii. Są to zdjęcia z miejsc zbrodni, opatrzone odpowiednimi podpisami. Spoglądam na blade, niemal niebieskie przezroczyste, ciała poznaczone sinymi pajęczynami pustych żył. Taki obrazek śmierci przewija się przez kolejne osiem fotografii. Dziewiąta ukazuje zbliżenie na ramiona jednej z ofiar, które są poznaczone milionami krótkich zadrapać i rozcięć, z których musiała sączyć się kropelkami krew. Napuchnięte rany już nigdy się nie zagoją. Odkładam zdjęcie na bok i spoglądam na kolejny obraz, który przedstawia detal szyi, przekutej brutalnie, ale i z chirurgiczną precyzją niemal na wylot. Kiwam głową ze zrozumieniem, ale wtedy mój ojciec przekłada kolejne cztery zdjęcia i widzę właśnie to, o co od początku mu chodziło.
- Właśnie dlatego cię tutaj zgarnąłem, Rena. Od pieluchy ćwiczyliśmy z matką twój mózg pod kryptografię. Jesteś geniuszem szyfrów, choć pewnie o tym nie wiesz. Masz niemal dziewiętnastoletni staż, jeśli ty tego nie zrozumiesz, to nie wiem, kto może to rozgryźć…
Zaciskam mocniej wargi i biorę głęboki wdech. Jak dotąd widziałam zdjęcia samych powieszonych, ale teraz zobaczyłam całą przestrzeń, także pod nimi. Tam, zaraz pod ofiarami, kręcącymi się bezradnie na sznurach stoją… zwykłe metalowe wiadra. Przekładam kolejną fotografię i widzę zbliżenie. I kolejne. I kolejne. Na każdym wiadrze widzę namalowane niebieską farbą cyfry. Na każdym inna kombinacja : 4.5, 5.5, 5.2, 3.1, 1.1, 2.5
- Te wiadra były wypełnione zawsze tą samą farbą. Ciekawe w tym jest to, że z każdym kolejnym morderstwem farby przybywa. Nie mamy pojęcia, co stanie się, gdy wypełni całe wiadro… Zostawię cię teraz z tym, mam nadzieję, że na coś wpadniesz. Ernest niedługo się zjawi. Pomoże mi z psychologią tych popaprańców.
Rozkładam się szeroko na połówce przydzielonego mi biurka w kącie pokoju i zaczynam kombinować. Układam chronologiczne zdjęcia i zbliżenia na detale. Analizuję kategoriami. Nie szukam jedynie cyfr. Może i zostałam zatrudniona jako kryptograf, ale nie chciałam skupiać się jedynie na liczbach. W odkryciu, co znaczą malunki na wiadrach muszę kierować się całokształtem. Tutaj wszystko się łączy w niesamowicie skomplikowany, idealnie naoliwiony mechanizm, którym posługują się ci przestępcy. Muszę być uważna…
- Nowa twarz Mózgowców, jak mniemam? – rozlega się nade mną z nienacka.
Podnoszę głowę i wytrzeszczam oczy na ciemnowłosą piękność. piękność z restauracji parę tygodni temu! Prostuję się, ale nie wiem, co powiedzieć. Dziewczyna tymczasem wyciąga do mnie dłoń i uśmiecha się uprzejmie.
- Irina.- przedstawia się.- My się już chyba kiedyś spotkałyśmy, prawda?
Chwila niezdecydowanego milczenia.
- Całkiem możliwe.- odpowiadam, kończąc tym samym rozmowę.  
Tydzień później
„Kolejne ataki przewalają się nad naszymi głowami niczym fala żywych trupów. Nie ma wątpliwości, co do tego, że terroryści, od tak, z dnia na dzień odsuną się w cień. Oni nie zrezygnują. Morderstwa stały się więc rutyną dla całego świata, a przywódcy najbardziej wpływowych krajów świata odmawiają wystąpień publicznych. Cały czas prowadzone są śledztwa, jednak z tak niewielkim skutkiem iż niektórzy demonstrujący na ulicach Waszyngtonu uważają, że rząd współpracuje z terrorystami. Jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście za plecami społeczeństwa został zawarty pokątny układ z Wisielcami, którzy zabijają wszystkich? Kobiety. Dzieci. Mężczyzn. I czy można podjąć konkretne kroki, aby sprzeciwić się takiemu scenariuszowi z najgorszych horrorów?”
- Mówiłem ci, żebyś tego nie czytała.- mruczy Ernest znad stosu papierzysk.
Jako niedoszły psycholog kryminalny, mój brat, ma masę roboty. Analizuje każdy ruch, każde podświadome nawet posuniecie morderców. Porusza się niepewnymi ścieżkami ludzkiego umysłu, nie dziwię się, że po tygodniu ciężkiej pracy ma dość. Ja również nie ma się najlepiej.
- Jako psycholog powinieneś wiedzieć, że media wywierają znaczący wpływ na myślenie i działanie przestępców. Wikielce musieliby całkiem odciąć się od świata, żeby nie natknąć się na wzmiankę o sobie w gazecie, czy telewizji. Poza tym muszą słuchać radia, choćby z ciekawości. Wiesz, chora ciekawość typu: „Jak mi poszło?” albo „Sprawdźmy, czy znów zastraszyłem cały kontynent?”.- odpyskowuję, zawiązując swoje długie, cienkie włosy, koloru „coś pod granat” w luźny kok na czubku głowy.
- Rena ma rację.- wcina się Irina, która siedzi zaraz koło mojego brata.- Może szybciej wpadniesz na coś jeśli zestawisz informacje z gazet z kolejnymi morderstwami?
Ernest przewraca wymownie oczami, ale nic nie mówi. Irina posyła mi znaczący uśmieszek babskiego wsparcia. Jak się okazało dziewczyna od jakiegoś czasu pracowała tutaj, jako asystentka, a ze względu na obecną sytuację szybko została awansowana na swego rodzaju „łącznika”, który kontaktuje się z innymi ośrodkami śledztwa. Bardzo wygodne. Sama nie musi nad niczym główkować, ale wie wszystko.
- Jak ci idzie?-  nie minęło nawet pięć minut, a ona znów się odzywa.
Denerwuje mnie to, że nie może usiedzieć spokojnie pół godziny bez przeszkadzania i gadania, jak nakręcona. Może i jest ładna i powabna, ale mogłaby sobie zrobić przerwę, wyjść gdzieś na lunch i już nie wracać. Naprawdę byłoby niezwykle miło z jej strony!
- Na razie wciąż próbuję rozszyfrować wiadra. Wiem tyle, że namalowane cyfry i reszta miejsca zbrodni to coś zupełnie innego.  Dwie odrębne historie.- wyjaśniam, siląc się na spokój.
Chwila błogiej ciszy i nagle wiem, że stoi tuż nade mną. Wypuszczam ze świstem powietrze i próbuję wyglądać na jak najmniej zirytowaną. Irina patrzy na mnie niewinnym wzrokiem i spogląda na zdjęcia wiader. Robi z ust dziubek i mówi:
- Może to wcale nie jest aż tak skomplikowane, jak ci się wydaje? Może oni właśnie próbują zamotać. Wiesz jak to jest. Jeśli dasz geniuszowi z fizyki zadanie wymyślone przez Ensietina ten zapisze trzy tablice i rozwiąże zadanie. Ale nieraz jest tak, że gdy temu samemu człowiekowi dasz łatwe, szkolne zadanie, ten rozłoży ręce i powie, że to niewykonalne…
Patrzę na nią ukosem. Irina obdarza mnie kolejnym perfekcyjnym uśmiechem i odwraca się do Ernesta.
- Nest, chodźmy na przerwę. Przyda ci się.
Na te słowa mój brat od razu zrywa się na równe nogi, jakby tylko czekał aż dziewczyna zaproponuje chwilę odpoczynku. Wychodzą razem pogrążeni w ożywionej rozmowie. Marszczę brwi i pochylam się nad swoim ciągiem cyfr, który przez tydzień zdążył wydłużyć się o połowę. Kolejne sześć morderstw zapisane szyfrem, którego znaczenie mam dopiero odkryć: 1.2,3.2,2.4,4.5,3.1,4.1. Przerzucam długopis między palcami, zastanawiając się nad słowami Iriny: Może to wcale nie jest aż tak skomplikowane, jak ci się wydaje? A jeśli to prawda? Może rzeczywiście rozwiązanie jest tak oczywiste, że aż niedostrzegalne? Mówi się przecież, że zawsze najciemniej jest pod latarnią. Muszę to w końcu zrozumieć!
Parę godzin później wracam do domu. Ledwie widzę na oczy, a głowa pęka mi na pół. Dlatego właśnie parę dni temu zrezygnowałam z motoru na rzecz metra. Wychodzę z podziemia i idę wolnym, sennym krokiem w stronę kamienicy, w której mieszkam z bratem. Za godzinę zaczynam zmianę w restauracji. Na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki. Normalnie wypiłabym mocną czarną kawę i po sprawie, ale po czterech kubkach kofeiny, jakie sobie już dzisiaj zafundowałam, nie jestem pewna, czy mój organizm wytrzyma kolejną dawkę. Muszę więc iść do pracy na trzeźwo. Zanim jeszcze wchodzę do klatki schodowej, wyciągam klucze. Stary nawyk. Jęcząc, wchodzę po schodach na trzecie piętro. Nigdzie nie pali się światło.
Staję w półmroku przed drzwiami swojego mieszkania. Robię krok na przód i niespodziewanie napotykam przeszkodę. Potykam się. Podpieram się ściany, żeby nie upaść. Jestem tak zaskoczona, że wraca mi nieco przytomność. Prostuję się i macam po ścianie w poszukiwaniu włącznika lampy. Naciskam go, ale nic się nie dzieje. Pewnie wywaliło bezpieczniki- myślę. Wracam pod wejście do domu i wyciągam komórkę. Mętny, niebieskawy blask latarki ukazuje obraz, który ścina mi krew w żyłach.
- Cholera, Luiza!- krzyczę zduszonym głosem.  
*** 
Parę dni później
Zerkam ukradkiem na Ernesta. Mój brat wciąż wygląda jak widmo samego siebie. Wciąż nie może się pozbierać. Nie może zrozumieć, co się tak właściwe stało. I dlatego akurat ona. Mimo, iż zerwał z Luizą, wciąż coś do niej czuł. A teraz ona nie żyje. Została zamordowana pod naszymi drzwiami. Nie znaleziono sprawcy, wiadomo jednak, że nie byli to Wisielcy. Ta zbrodnia też nie była zupełnie prosta. Luiza odniosła wiele ran postrzałowych. Najpierw w nogi. Później w brzuch i ramiona. Kule minęły serce i głowę, jakby morderca nie chciał zadać ostatecznego ciosu. Pozwolił się jej spokojnie i boleśnie wykrwawić. Odszedł, gdy dziewczyna jeszcze żyła. Gdy ją znalazłam, według lekarzy z prosektorium, którzy przeprowadzili sekcję zwłok, była martwa od trzech godzin. Bez trzy godziny nikt nie zauważył zwłok na klatce schodowej… Wcześniej nikt nie słyszał strzałów… Jakby tego było mało, kule od których zmarła Luiza, były bardzo dziwnymi, niespotykanymi dotąd pociskami.  Na zdjęciach przypominały one grube, mocno zaostrzone szpilki o chropowatych bokach. Rozrywały skórę i wbijały się dwa razy głębiej niż normalne kule. I jeszcze ten napis. Ostatnia wiadomość umierającej. Wiadomość skierowana do mnie, jestem tego pewna. Gdy umierała, Luiza zdołała jeszcze własną krwią wypisać na podłodze obok siebie imię. Bert. Bertrand- mój przyjaciel…
Policja wciąż go szuka, jednak on jakby zapadł się pod ziemię. Nigdzie go nie ma. Nie odbiera moich telefonów. Czuję się po prostu źle. Najwyraźniej byłam okłamywana i to w dodatku przez najlepszego przyjaciela! A myślałam, że dobrze go znam…
Biorę głęboki wdech, wstaję i biorę kurtkę. Nie, dłużej tak nie mogę! Wychodzę szybkim krokiem, nie zważając na pytania Iriny. W głowie mam całkowity zamęt. Myślę tylko o liczbach, o zakrwawionej, białej twarzy Luizy i o imieniu Berta wypisanym jej krwią na progu mojego mieszkania. Wzięłam wolne w pracy. Nie mogę już znieść widoku restauracji. Nie radzę sobie z tym wszystkim! Chcę krzyczeć. Chcę kopać. Chcę płakać… Ale zamiast tego idę do pierwszego lepszego pubu. Idę się porządnie upić!
Chwilę potem siedzę przy barze z wódką z sokiem ananasowym i wpatruję się tępo w przestrzeń przede mną. Odrzucam od siebie wszystkie myśli. Pragnę choć przez chwilę mieć pustą głowę. Po prostu nie pamiętać o ostatnich tygodniach. Miesiącach. O ostatnim roku…
- W alkoholu nie można znaleźć rozwiązania. Ale prawdą jest, że czasami można odsunąć od siebie wszystkie wyjścia z obecnych popapranych spraw, więc to też jest dobra rzecz.
Nawet nie zauważyłam kiedy przysiadł się do mnie ten mężczyzna w kraciastej koszuli i poprzecieranych jeansach. Popatrzył na mnie dziwnie i uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie ważne czy alkohol pomoże, czy nie. Na razie nie jest gorzej niż było i to mi wystarcza.- odpowiadam i biorę duży łyk. Od razu się krzywię, na co facet śmieje się gorzko,  wykonuje ku mnie toast i także przechyla swoją szklankę.
- Wiesz co, Rena. Nie uciekniesz od tego. Ale pilnuj się teraz, kochanie. Możesz to jeszcze rozegrać na własnych warunkach. Tylko uważaj na tyły…- to mówiąc mężczyzna wstaje i nim zdążę zaprotestować, wychodzi z pubu.
Odwracam się znów do swojej szklanki i kończę drinka, a gardło pali mi żywy ogień. Skąd on znał moje imię? Co mam rozegrać? I dlaczego mam się pilnować? I wtedy przypominam sobie słowa Berta: Uważaj teraz na siebie, okey? Wiem, że coś się kroi i zaczynam się bać. Płacę za drinka i już mam wychodzić, gdy moje spojrzenie pada na pustką szklankę obok mnie. Na jej dnie błyszczy ciemnoczerwony niedopity płyn. Podnoszę ją do góry, a ręka drży niebezpiecznie, gdy dociera do mnie, że to… krew! Na blacie, tam gdzie stała szklanka, leży mały świstek papieru. Chwytam go w palce i czytam zachłannie:
Sherlock czai się wśród szyfrów.
Wiem jedno, to jest podpowiedź dla mnie…
Wracam do domu i zamykam drzwi na wszystkie spusty. Ernesta jeszcze nie ma. Zegar pokazuje godzinę w pół do ósmej wieczorem. Ściągam z nóg buty i rzucam gdzieś w bok kurtkę. Jestem zmęczona. Tylko zmęczona… Kładę się w ubraniu na swoim łóżku i zasypiam.
Nagle budzi mnie donośny, wibrujący dźwięk mojej komórki. Brutalnie wyrwana ze snu przez chwilę nie wiem zupełnie gdzie jestem. Potem wstaję i szukam telefonu, kierując się dzwonkiem. Znajduję ją w kieszeni kurtki. Dzwoni mama… jakiś czas waham się czy odebrać, czy nie, po czym odrzucam połączenie. Nie mam ochoty z nią rozmawiać. Prawdę mówiąc, to z nią, a nie z tatą, pokłóciłam się pod koniec liceum, gdy miałam wybrać przyszłą drogę. Tata tylko poparł mamę, ale nie naciskał i nie narzucał mi kariery. Dlatego byłam w stanie z nim rozmawiać. Ale z mamą nie. Spoglądam na wyświetlacz komórki. Mam osiem nieodebranych połączeń od mamy i trzy wiadomości. Niechętnie wyświetlam pierwszą z nich:
Rena, koniecznie musimy porozmawiać.
Zaciskam wargi i usuwam wiadomość. Otwieram kolejny tekst:
Dziecko, odzwoń natychmiast. To bardzo ważne!
Prycham zirytowana i czytam ostatniego sms-a:
Przemyśl dobrze co robisz. Czas ucieka, a ty stroisz fochy, jak obrażona dziewczynka. Tak nie można! Jesteś już dorosła, więc jeśli ci, do cholery, życie miłe, to oddzwonisz i porozmawiasz ze mną, jak człowiek z człowiekiem.
Jej słowa złości nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. Odkładam komórkę i wracam do sypialni.
Rano budzę się wypoczęta i pełna energii. Pierwszy raz od wielu dni jestem dobrej myśli. Zamierzam spędzić miły dzień w domu, oglądając filmy na DVD i nie przejmując się śledztwem ani niczym, co się z nim wiąże. Jednym słowem robię sobie zasłużony urlop na czas nieokreślony. Ernesta nie ma w domu. Nie jestem pewna, czy w ogóle tutaj nocował, czy po prostu minęliśmy się w trybie dnia. Jem więc sama śniadanie w piżamie. Gdy zmywam naczynia niespodziewanie rozlega się dzwonek do drzwi. Wycieram ręce i idę otworzyć.
Poczta.
- Dzień dobry. Pani Rena Kołakowska?- pyta listonosz, trzymając w ręce podkładkę i długopis.
Odpowiadam, że tak, to ja.
- Polecony, dla pani. Proszę podpisać tutaj.
Podpisuję i dostaję do ręki prostokątną paczuszkę. Żegnam się z listonoszem i zamykam drzwi. Dziwne, nie spodziewałam się nic dostać. Wracam do kuchni. Siadam przy stole i przez chwilę obracam w rękach prostokątną rzecz. Na papierze nie widnieje jednak adres nadawcy. Ciekawe od kogo… Rozrywam papier i spoglądam na tytuł książki:
                Znam tę powieść. To jedna z części przygód najsławniejszego detektywa wszechczasów Sherlocka Holmesa! Biorę do reki książkę i otwieram ją na stronie tytułowej. Spomiędzy stron wypada mała karteczka, która wirując, zatacza krąg i upada na podłogę koło moich bosych stóp. Podnoszę ją i czytam:
                Zawsze twardo stąpaliśmy po ziemi i niech tak zostanie. W naszej rzeczywistości nie ma miejsca na żadne duchy. - Arthur Conan Doyle.

Dopiero teraz, czytając te słowa, przypominam sobie moją krótką rozmowę z facetem z pubu. Przed oczami widzę tamtą karteczkę pod szklanką krwi: Sherlock czai się wśród szyfrów. Po karku przebiega mi zimny dreszcz, gdy zaczynam rozumieć, że zostałam wciągnięta w grę. Nie wiem tylko, kto chce się ze mną bawić w chowanego. Wisielcy, czy zabójca Luizy? Biorę głęboki wdech i wstaję. Muszę wrócić do śledztwa. Muszę to rozwiązać na własnych zasadach, tak jak radził facet od wskazówki. Byle szybko…
Nagle, gdzieś w głębi domu rozlega się ostry dźwięk tłuczonego szkła. Głośny odgłos upadku czegoś ciężkiego i cisza. Zamieram w bezruchu i nasłuchuję. Nic, zupełna cisza, jak makiem zasiał. Pustka. Słyszę jedynie swój nierówny oddech i bicie serca. Co się stało? Mam złe przeczucia. Szybkim ruchem zgarniam z kuchennego stołu największy nóż. Pomału, krok za krokiem skradam się po całym domu, jednak niczego nie znajduję ani w pokoju Ernesta, ani w łazience, czy salonie. Staję na progu mojej sypialni i wchodzę z lękiem do środka.
Przez rozbite okno, do pokoju wdziera się lodowaty wiatr. Wodzę oczami po całym pomieszczeniu. Zauważam, że na moim łóżku coś leży. Podchodzę bliżej i rozpoznaję starą, harcerską szarfę pełną odznak. Nie mam pojęcia skąd tu się wzięła, byłam pewna, że leży schowana głęboko w szafce. Włamywacz nie mógł wiedzieć, gdzie jest. Po prostu nie mógł..! Prostuję się pomału i bezwiednie spoglądam na jasną ścianę. Otwieram szeroko oczy z przerażenia, gdy dostrzegam to. Tuż nad łóżkiem widnieje kolejny napis. Nogi uginają mi się pod moim własnym ciężarem, a nóż upada z brzękiem na podłogę. O, Boże!
Znajdź mnie, R.
4.5,2.4,1.5,1.2,2.4,1.5
                To brzmiało jak jawne wyzwanie na pojedynek szyfrów. Kolejny ciąg liczb i słowa pełne ironii, które szydziły ze mnie. Rubinowy napis raził mnie w oczy, a strugi jeszcze świeżej krwi, sączące się leniwie po ścianie, przywoływały na myśl obślizgłe, jadowite węże. Gdy w nieprzeniknionej, pełnej napięcia ciszy rozbrzmiał dzwonek telefonu, niemal zeszłam na zawał. Wzięłam w drżące dłonie komórkę. To znów moja mama. Tym razem odbieram…
                - Halo?- mówię słabym głosem.
                - Rena, skup się dziecko. Nie mam dużo czasu. Słuchaj, wiem, że jesteś blisko rozwiązania szyfru. Tak, jesteś. Rozwiążesz go za jakieś piętnaście minut. – moja mama mówiła pewnym, donośnym głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Idealny negocjator.- Tylko ty zdołasz zatrzymać kolejne morderstwa. Dlatego, gdy tylko dowiesz się kto jest zabójcą, zadzwonisz do Ernesta, rozumiesz?
                - Dowiem się kto był zabójcą Luizy?- pytam się, próbując jakoś poukładać sobie w głowie słowa mamy.
                - Nie.- brzmi odpowiedź.- Dowiesz się, kto zabijał przez ostatnie miesiące i kto chce się z tobą skontaktować.
                - Ale..- próbuję znowu, a w głowie mam totalny chaos.
                - Rena, jest tylko j e d e n zabójca. A Ernest z nim jest. Nie mów nic ojcu, on nie powinien się w to mieszać. Wiem, że dasz radę i… Kocham cię. – to było ostatnie, co od niej usłyszałam. Rozłączyła się.
                 Ze zdenerwowania zaczęłam wyłamywać sobie palce. Trzeba poukładać sobie parę faktów. Chwyciłam kawałek papieru i długopis. Mama stwierdziła, że rozwiąże zagadkę w piętnaście minut. Podbijam stawkę do dwunastu. Dobrze, co wiem. Jest jeden zabójca, nie ma Wisielców. Nie do końca pojmuję, jak ktoś dał radę przez te miesiące zabić ponad czterdzieści ludzi i nie wpaść, ale załóżmy, że mu się udało. Jest więc tylko jedna osoba. A moja mama najwyraźniej wie, kim ta osoba jest. Ponad to sprawcę zna też Ernest, który nie pokazał się w domu od prawie dwóch dni- teraz wiem to na pewno. Nie wydał jej, co jest nie tyle podejrzane, co po prostu daje do myślenia. Możliwe, że mój brat został porwany. Następnym faktem jest to, że facet z pubu także wie kim jest morderca, ponieważ to od niego otrzymałam podpowiedź o Sherlocku. Koło zamyka się przy książce, którą dostałam dzisiaj rano i przy napisie na ścianie oraz  liczbach. Liczby! Tylko o nich nie wiem nic nowego. Myśl, Rena. Proszę cię, myśl jak raz! I wtedy doznaję olśnienia.
                Wyciągnęłam z kieszeni spodni złożoną kartkę, na której wypisane miałam wszystkie dotychczasowe cyfry. Przepisałam je jeszcze raz na czystą kartkę i pogrupowałam seriami. Za każdym razem po sześć chronologicznie morderstwami od tych najwcześniejszych. Zaśmiałam się gorzko sama do siebie. Dziecinada! Bawiłam się w te szyfry w harcerstwie gdy miałam jedenaście lat! 
4.5, 5.5, 5.2, 3.1, 1.1, 2.5
1.2, 3.2, 2.4, 4.5, 3.1 ,4.1.
4.5, 2.4, 1.5, 1.2, 2.4, 1.5

                Zwyczajny szyfr tabliczki mnożenia!* Niewiarygodne, że nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, żeby po prostu pomnożyć dwie cyfry z każdego zabójstwa i wstawić do tabliczki! Czym prędzej biorę drugą kartkę i w minutę mam odszyfrowaną wiadomość.
Szukaj blisko siebie.
                To właśnie chciał przekazać mi zabójca. Że jest tuż obok. Na wyciągniecie ręki… Wybieram numer mamy, żeby powiedzieć jej, że rozwiązałam szyfr. Jednak ona nie odbiera. Dzwonię raz. Potem drugi. Na próżno. Wtedy przypominam sobie, że kazała mi, gdy tylko rozwiążę cyfry, skontaktować się z Ernestem. Dzwonię więc na jego komórkę. Po dwóch sygnałach po drugiej stronie odzywa się głos. Nie należy on jednak do mojego brata:
                - Rena. Nareszcie… Może do nas wpadniesz?
                Z twarzy odpływa mi krew, gdy rozpoznaję jego właścicielkę.
***
                Irina stoi pewnie na środku sali restauracji, w której pracowałam. Ktoś pozbył się stołów. Teraz ta pusta przestrzeń ma w sobie coś ze sceny w teatrze. Może właśnie taki był zamysł? Podchodzę bliżej, siląc się na spokój. Muszę być opanowana, nieważne co ma się wydarzyć.
                - Już myślałam, że nie przyjdziesz. Wy, ludzie, okropnie się ślimaczycie!- prycha dziewczyna, krzyżując ramiona na piersiach.
                - Czego chcesz?- mówię oschle.
                W odpowiedzi Irina w błyskawicznym tempie niszczy dzielącą nas przestrzeń i czuję jedynie parzący, ostry, jak brzytwa ból miażdżonej tętnicy na szyi. Dopiero po chwili dociera do mnie, że dziewczyna wysysa ze mnie krew! Zaczynam się wierzgać i wić, ale ona trzyma mnie w żelaznym uścisku swych rąk. Jest silniejsza niż mógłby być jakikolwiek człowiek… A ona pije i pije. Opadam pomału z sił i dopiero gdy jestem na skraju omdlenia, Irina odsuwa się ode mnie. Jak przez mgłę widzę jej zakrwawione usta i długie, śnieżnobiałe kły. Nim tracę przytomność, przez myśl przebiega mi spanikowana myśl: Wampir!
                Gdy się budzę, czuję tak potworny ból głowy, jakby czaszka pękała mi na dwoję. Siadam z trudem, walcząc z mdłościami i zawrotami głowy. Wiem, że straciłam dużo krwi. A ona wciąż tu jest. Spogląda na mnie niemal z rozbawianiem. Wygląda groźnie. Wygląda dziko. W niczym nie przypomina już irytującej, gadatliwej dziewczyny. Podchodzi i podnosi mnie na nogi za skraj koszulki. 
                - Dobra, a teraz tak na poważnie. Zagrałam z tobą w kalambury i sprawdziłaś się w tym. Pomożesz mi więc przy czymś trudniejszym.
                Irina puszcza mnie i wyciąga dłoń, w której trzyma niewielkie, pozłacane pudełeczko z trzema rzędami walców szyfru. Wyglądało na bardzo stare i skrywające ogromną tajemnicę.
                - Złamiesz dla mnie ten szyfr. Nie ważne, ile ci to zajmie. Jak dla mnie, możesz nad tym pracować do końca życia, ale masz to rozpracować.
                - Nie sądzę, żebym podjęła się czegoś takiego.- rzężę niezbyt wyraźnie.
Na moje słowa Irina uśmiecha się i klaszcze raz w dłonie. Na ten znak w drzwiach restauracji pojawia się mój brat. Ernest podchodzi do nas dziwnie płytkim krokiem. W jego oczach dostrzegam pustkę. Coś tu z pewnością nie gra.
- Wiedziałam, że to powiesz. Dlatego zabrałam sobie twojego uroczego braciszka, jako maskotkę, która zrobi dla mnie wszystko. Nawet zabije. Biedna Luiza, musiała cierpieć…  
Gdy dociera do mnie sens jej słów, mam wrażenie, że śpię. Mam wrażenie, że to koszmar, z którego niedługo się obudzę.
- Tak więc zasady są proste.- konturuje Irina jakby nigdy nic.- Albo mi pomożesz, albo ślicznego Ernesta spotka coś naprawdę paskudnego. Dajmy na to mały wypadek samochodowy…- to mówiąc dziewczyna figlarnie bawi się włosami. W jej oczach dostrzegam samego diabła.
Rozglądam się dookoła. Nie mam gdzie uciec, nie mam czym się bronić. Jestem zgubiona. Jeśli się nie zgodzę najprawdopodobniej mój brat umrze, a później także ja. Ale jeśli pomogę Irinie, czymkolwiek ona jest, może zdołam nas uratować. Przełykam głośno ślinę, na co dziewczyna uśmiecha się arogancko.
- Decyzje, decyzje... I tak nie masz wyboru, Reno.- szepcze, a na jej zębach dostrzegam czerwień mojej krwi. 
Przełykam głośno ślinę.
- Zgoda, złamię ten szyfr.- mówię, zaciskając usta.
Oczy dziewczyny błyszczą triumfem, kiedy podaje mi małe, podłużne pudełeczko.
- Nie będę ci więc przeszkadzać. Ale chłopaka sobie zatrzymam, tak dla pewności…
Odwraca się do mnie plecami, chcąc zapewnie odejść, gdy wtem całą restauracją porusza gwałtowny wstrząs. Upadam na kolana, ale nie puszczam pudełeczka. Słyszę dziki wrzask Iriny i krótki świst, który nagle milknie. Podnoszę głowę do góry, a moje oczy padają na leżącą na ziemi Irinę, która wije się i wierzga w agonii. Zrywam się na nogi i patrzę z góry, jak wywraca wściekle oczami i ryje paznokciami w swoim zakrwawionym brzuchu. Jej całe ciało naszpikowane jest wieloma, palącymi się niebieskim ogniem palikami. Obserwuje jak konwulsje pomału ustają, a gdy dziewczyna zupełnie nieruchomieje z jej ust zaczyna wypływać zielona piana. Chwilę później słyszę suchy, chropowaty dźwięk, a całe jej ciało przybiera szarawy odcień.
- Rena, nic ci się nie stało?- w moją stronę biegnie… Bert.
W pierwszej chwili go nie poznaję, jednak gdy do mnie podbiega, rozpoznaję jego jasne oczy. Takie oczy ma tylko on. Bert ubrany jest w czarne, skórzane spodnie i białą, nieco przybrudzoną koszulkę. Ma lekki zarost i kolczyk w uchu. To nie może być mój spokojny, przyjacielski i optymistyczny przyjaciel, ale… wygląda na to, że to jednak on.
- Nic mi nie jest. Bert..?- posyłam mu spojrzenie żądające wyjaśnień.- Mów, co jest grane?
Ten bierze głęboki wdech i masuje sobie skronie. Przy jego boku dostrzegam przywieszony pistolet, a przy pasku rząd jasnych, drewnianych kijków. Bert otwiera usta, ale w tej właśnie chwili za nami rozlega się dźwięk łupanego kamienia. Odwracamy się i widzimy, jak jakiś koleś obcasem buta odłamuje głowę Iriny. Prostuje się i dostrzegam jego twarz. To ten koleś z pubu!
- Te, Bert, może byś tak łaskawie pomógł, co? O, cześć, złotko!- mówi ten i posyła mi swój najlepszy uśmiech. Macham do niego bez przekonania ręką i krzyżuję ręce na piersi.
- Słucham.- zwracam się do mojego przyjaciela.
Tym razem nikt nam nie przerywa.
Przetrawienie tego, co usłyszałam, zajęło mi kolejny tydzień, jeśli nie więcej. Potwierdziły się moje przypuszczenia. Tak, Irina rzeczywiście była wampirem, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, nawet teraz gdy w końcu w to uwierzyłam. Tak jak wyjaśnił to Bert była tym złym rodzajem legendarnych, nieśmiertelnych krwiopijców. Gdy spytałam się, kim lub w tym wypadku czym jest, Bert, odpowiedział mi dumnie, że jest stuprocentowym śmiertelnikiem. W odróżnieniu od Augusta, który jest niestety wampirem, tyle że dobrym. To by wyjaśniało krwisty drink podczas naszego spotkania.
Irina szukała osoby, która pomogłaby jej złamać szyfr do ostatniego pudełka. Zabawiła się w seryjnego mordercę, żeby znaleźć odpowiedniego kandydata, który nie myśli jak reszta. Szukała długo i w końcu natknęła się na mnie. Wtedy stwierdziła, że zagra ze mną dodatkowo i jeżeli podołam testowi, wybierze mnie. Nie szło mi jednak za dobrze. Żeby mnie zmotywować, co do ciągu liczb podpowiedziała mi, że to nie może być nic trudnego. Ale ja wciąż nie mogłam tego rozszyfrować… Irina zaczęła się niecierpliwić, więc zahipnotyzowała mojego brata, żeby zabił Luizę pod drzwiami naszego mieszkania. Bert w tym czasie dostał zlecenie, aby powstrzymać wampirzycę. Wiedział, że coś się święci, więc ostrzegł Luizę, która jako jedyna z mojego otoczenia nie miała bezpośrednich informacji o śledztwie, więc wiedziała jedynie o grupie nazwanej Wisielcami. Ta, już w agonii, przypomniała sobie, że on wie coś więcej i dlatego, także jako wskazówkę dla mnie lub dla Ernesta, napisała imię Berta na posadzce. W tym samym czasie August, postanowił na własną rękę podpowiedzieć mi odnośnie Sherlocka, ponieważ widział, jak Irina wysyła mi książkę z ostatnią linijką szyfru i wiadomością. Ta przy okazji podpowiedziała mi kolejny raz odnośnie swojej osoby tytułem pozycji. A moja matka? Cóż, okazało się, że już dawno szpiegowała Irinę i doskonale widziała, czym dziewczyna jest. Planowała wtajemniczyć mnie, gdy tylko skończę odpowiednie studia, ale ja wybrałam inną drogę. Obserwowała wampirzycę, gdy ta postanowiła włączyć mnie do swojego planu. Matka nie chciała dłużej czekać, szczególnie, że Irina domyśliła się, że ktoś śledzi każdy jej ruch. Zadzwoniła do mnie. To była ostatnia rzecz, jaką zrobiła w życiu. Została zamordowana. Ojciec nie jest wtajemniczony w całą paranormalną sprawę. Oficjalnie moja matka popełniła samobójstwo. August natomiast ocucił Ernesta. Jak się okazało, mój brat, nie pamięta niczego co działo się po pierwszym tygodniu naszej pracy przy śledztwie. Wampirzyca musiała więc od dawna go kontrolować. A ja niczego nie zauważyłam…  
Co jest w zamkniętym pudełku? Według Berta znajdują się tam oczy pierwszego wampira. Według legendy pierwszy z wampirzego rodu znudził się w końcu życiem i kazał poćwiartować się na malutkie kawałki. Potem zamknąć w zapieczętowanych skrzynkach i poukrywać po całym doczesnym świecie. W takiej rozproszonej formie pierwszy krwiopijca miał przeczekać parę nudnych wieków, aż ktoś odpowiedni zbierze całe jego ciało i rozszyfruje zamknięcia. Stworzony na nowo ze swoich części postanowił odkryć któregoś dnia zupełnie nieznany sobie świat pełen dziwów i niewiarygodnych przeżyć. To właśnie było celem Iriny- wskrzeszenie legendarnego potwora. Otworzyła wszystkie skrzynki, ale pozostała jej tylko ta jedna, z którą nie potrafiła sobie poradzić. Gdy spytałam Berta, co stałoby się, gdyby pierwszy wampir odrodził się, ten przybrał mroczny wyraz twarzy i rzekł:
- Stałby się plagą tego świata i nikt nie miałby na tyle siły, by go powstrzymać. -Sądzę, że takie wyjaśnienie niebezpieczeństwa w zupełności wystarczy.
Wciąż nie wiem tak do końca, kim jest mój przyjaciel. Ale nie przeszkadza mi to w żaden sposób. Od tego wydarzenia minęło pół roku. Ataki już się więcej nie powtórzyły, bo morderca sam padł ofiarą zabójstwa. Skamieniałe szczątki Iriny spoczywają bezpiecznie w miejscu, w którym nikt ich nigdy nie znajdzie.
Ja sama nie mam teraz za wiele czasu. Wykłady. Kolejne sesje. Kupa roboty z tym studiowaniem! Podjęłam decyzję, że jednak pójdę na studia. Po pierwsze w hołdzie mojej zmarłej mamie, która poświęciła się, żeby mi pomóc, a po drugie dlatego, że Bert obiecał mi, że gdy uzyskam tytuł magistra na wydziale kryminalistyki, zostanę wtajemniczona w jego mroczny zawód. Więc kto wie, może zamiast siedzenia w nudnym biurze przy stosie papierzysk, będę kiedyś łapała wampiry?


*
X
1
2
3
4
5
1
A
B
C
D
E
2
F
G
H
I
J
3
K
L
Ł
M
N
4
O
Ó
P
R
S
5
T
U
W
Y
Z


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz